Przygoda za miastem

Wieś. Często słowo to rzucane jest jako obelga. We wszelkich odmianach – coś jest wieśniackie, wsiowe, wiejskie, itp. Zawsze jednak przez to gorsze i godne pożałowania.

Słowo to do tego stopnia nabrało już pejoratywnego znaczenia, że nawet rzeczy nie mające żadnego związku ze wsią, którym ktoś chce umniejszyć na atrakcyjności też nazywane są wieśniackimi.

Pierwszymi zaś słowa tego użytkownikami są oczywiście osoby, które tak naprawdę nie wiedzą nawet o czym do końca mówią. Spaczony obraz wsi jaki mają w głowach swoich wykreowany pochodzi najczęściej jedynie z mętnego wyobrażenia na jej temat. Nigdy nie mieli okazji choćby przez rok a nawet i kilka tygodni pomieszkać tam, aby poznać prawdziwy smak takiego życia. Wizerunek swój wsi zbudowali co najwyżej na programach typu „Chłopaki do wzięcia” pokazujących dość skrajny jej obraz.

Ja oczywiście też doskonale sobie zdaję sprawę z zacofania na wielu płaszczyznach jakim cechuje się polska wieś w stosunku do miast naszych. A niestety pogłębia się ono do tego z roku na rok…

Ale! Czy to oby na pewno tylko wina ludzi ze wsi? Nie sądzę, w mojej ocenie problem ten jest znacznie większy i sięga on od polityki kraju naszego względem terenów wiejskich aż po najzwyklejsze ludzkie słabości… To jednak temat dużo szerszy i można by poświęcić mu pewnie oddzielny długi wpis.

Teraz natomiast mam ochotę napisać parę słów właśnie o zaletach życia na wsi. A że pierwsze 15 lat życia swego spędziłam tam, to znam je doskonale z własnego doświadczenia…

A może nawet będzie to pochwała wieśniaczego życia. Życia o którym paradoksalnie wielu mieszczuchów zaczyna marzyć po latach mieszkania w ciasnych blokowiskach, bez choćby małego skrawka własnego trawniczka czy tym bardziej ogródka. Po tym jak poczują się już wystarczająco przytłoczeni zagęszczeniem na metr kwadratowy w osiedlach gdzie developerzy nie zmarnowali żadnego metra i zabudowali przestrzeń tak, że zawistni najczęściej sąsiedzi w przysłowiowe gary zaglądać sobie mogą przez okna…

Na wsi jak nigdzie indziej możemy obserwować zmienność pór roku w otaczającej nas przyrodzie i żyć bardziej w zgodzie z naturalnym rytmem natury. Przebywanie na świeżym powietrzu i rozkoszowanie się widokiem „matki natury” pozwala łatwiej pokonywać problemy złego samopoczucia a nawet depresji.

Za budzik zamiast bezdusznego brzęczenia budzika posłużyć może poranne pianie koguta, śpiew ptaków budzących się o poranku…

Jeśli zależy nam na zdrowym żywieniu się i chcemy mieć radość ze spożywania własnoręcznie posadzonych warzyw i owoców, smacznych i zdrowych bez chemicznych nawozów to z łatwością możemy swój mały przydomowy ogródek stworzyć.

Ogród nasz pełen kwiatów i wszechogarniająca zieleń ukoją nerwy i nastawią pozytywnie na cały dzień. Będziemy mogli relaksować się w nim oddychając świeżym powietrzem – tak różnym od tego miejskiego przepełnionego spalinami.

Życie na wsi jest spokojniejsze, czas biegnie tu jakby wolniej i z tego powodu nie będziemy mieli przerażającego poczucia jak strasznie szybko życie nasze przemija… Dlatego też tego roku postanowiłam spędzić 2 tygodnie urlopu z dala od zgiełku miasta. To był bardzo relaksujący czas ładujący zarazem pozytywną energią „moje akumulatory” na jesienne szare dni.

Poniższe zdjęcia polecam tym razem oglądać przy muzyce. Za zgodą Pana Grzegorza Turnaua zamieszczam Wam poniżej piękny utwór świetnie ilustrujący, czym może być również wieśniacze życie. Pochodzi on z płyty „7 widoków w drodze do Krakowa”, którą Wam zresztą gorąco polecam 🙂